Działać bez działania





Jest pewna rzecz, która mnie jednocześnie denerwuje i niezmiernie zadziwia.

Wyparcie działania.

Szczególnie wśród osób, które stwierdzają, że chcą zmienić swoje życie i pracować nad sobą. To wielka plaga trawiąca rozwój osobisty i psychologię. 

Chcę zmienić wszystko, być milionerem, mieć super związek, być szczęśliwym itd. ALE żebym się nie musiał za bardzo narobić.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak dużej ilości osób wydaje się, że wystarczy o czymś gadać, rozkminiać, rozpisywać setki stron GROWów, SMARTów, SWOTów, oprószyć wszystko piramidą Diltsa i się zrobi.

Zrobi się, ale nie samo.

A potem takie osoby po 5 latach coachingów i psychoterapii chodzą po mieście i każdemu, kto chce albo nie chce, ich słuchać opowiadają jakie to wszystko gówno warte i jakie wyciąganie pieniędzy.


Cała masa ludzi w RO chłonie jak gąbka hasła typu: „możesz wszystko".

Tak możesz, ale ZROBIĆ. Musisz podjąć AKCJĘ, zacząć DZIAŁAĆ. Analizowanie każdego aspektu związku nie sprawi, że ten związek nagle stanie się idealny, jeśli nie podejmiesz działań związanych ze zmianą swoich zachowań, przekonań, myśli, albo działania związanego z zakończeniem związku, jeśli bez sensu jest go dłużej ciągnąć.

To tak jakby liczyć, że od samego czytania o dietach i spalaniu tłuszczu zaczniesz chudnąć. Przecież każdy wie, że to nic nie da, jeśli po przeczytaniu nie zmienisz diety i stylu życia. Dlaczego więc tyle osób sądzi, że od samego czytania o organizacji czasu stanie się bardziej zorganizowanym, a od samego kołczowania pewności siebie, staną się lwami salonowymi?

Trzeba zdobywać wiedzę, żeby korzystać z doświadczenia innych i nie tracić lat na dochodzenie do pewnych rzeczy, które są już od lat opisane. Rozmowa z psychologiem, coachem, a nawet z bliską osobą, pozwala zauważyć to w nas, co jest na co dzień dla nas niewidzialne, uświadomić mnóstwo rzeczy i skorzystać z pomocy osób, które wiedzą, co w danej sytuacji może Pomóc, ALE wszystko to jest NIC niewarte, jeśli nie działasz!

Rozumiem, że możesz się bać, że czasem babranie się w starym, ale dobrze znanym bajorku wydaje się lepsze od zmian, ale jeśli czegoś z tym nie próbujesz ZROBIĆ, to nie gadaj, że życie jest wstrętne i niesprawiedliwe, a Ty tak się starasz i nic nie wychodzi.

Podam kilka przykładów „pracy nad sobą” bez podejmowania działania:
  • Czytasz książkę za książką, o tym, jak myślą kobiety, o komunikacji w związku, idziesz na coaching, żeby poprawić jakość związku, ALE nigdy nie zapytałeś partnerki, o co jej chodzi, albo co czuje, nie podejmujesz akcji komunikowania się w związku.
  • Postanawiasz się lepiej zorganizować. Rozpisujesz plany dzienne, dniowe, tygodniowe, masz śliczny kalendarz, ale nigdy swoich planów nie realizujesz, bo Twoim celem staje się planowanie, a nie działanie,
  • chcesz rzucić palenie, czytasz o tym, rozmawiasz z ludźmi, jak im się udało. W międzyczasie idziesz na papierosa, bo nie podejmujesz działania ograniczenia palenia.
  • Chcesz schudnąć, wiesz już wszytko o dietach i planach treningowych, tak Cię to zdołowało i zmęczyło, że idziesz po batona, zamiast podjąć drobne działania, typu spacer zamiast samochodu, owoc zamiast słodyczy.
  • Chcesz ograniczyć relacje z toksyczną osobą z Twojego otoczenia, czytasz o takich osobach, już nawet wiesz jakie ma zaburzenia, ale gdy tylko zadzwoni biegniesz do telefonu, zgadzasz się na spotkanie, znów dajesz się wykorzystać. W przypływie samotności nawet sam zadzonisz, żeby pogadać, a potem znowu jesteś wkurzony i bez energii. Nie podjąłeś działania ograniczenia kontaktu. 
Jest taka teoria, że jeśli nie mamy naturalnej motywacji do działania, to oznacza, że mamy źle określone cele, albo osiągnięcie tego celu nie jest tak naprawdę dla nas istotne. Powodów, dla których nie robimy rzeczy, jest naprawdę dużo, od wyuczonej bezradności, przez uzależnienia, strach, do bycia w stanie cierpienia dla korzyści takich jak współczucie innych czy wymówki.

Jednak jak obserwuję ludzi dookoła, widzę, że często powodem jest zapominanie o tym, że żeby rzeczy były zrobione, trzeba je ROBIĆ. Tylko tyle i aż tyle. Mam wrażenie, że trochę zagalopowaliśmy się w analizowaniu i szukaniu w dzieciństwie powodów dorosłych zachować. Dopóki nie mówimy o chorobach psychicznych, myślę, że nie ma potrzeby wchodzić w te tematy zbyt głęboko. 

Jesteś już dorosłym, oddzielnym, samodzielnym bytem. Przestań zwalać wszystko na to, że mama Cię nie kochała, albo gadała głupoty. Stało się. Nie masz już na to wpływu, ale masz wpływ na to, co o tym myślisz i co z tym zrobisz. Masz wpływ na to, jak będzie wyglądało Twoje życie każdego dnia od dzisiaj, ale musisz DZIAŁAĆ. Bez tego choćbyś przeczytał tysiąc książek i chodził 10 lat do terapeuty, niewiele się zmieni, bo nawet terapeuta nie rozwiąże za ciebie Twoich problemów, on może Cię jedynie przygotować do tego, abyś sam je rozwiązał. 
Ale RUCH jest w TWOICH rękach.

Jesli chcesz coś zrobić, po prostu zacznij to robić.

Powodzenia!

Bywajcie!


Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu — włożyłam dużo czasu i energii w stworzenie go dla Ciebie. Dlatego będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad! Bez znaku od Ciebie, ten blog nie jest kompletny.
  • Zostaw komentarz na Facebook'u — Twoje przemyślenia, wnioski i doświadczenia są dla mnie bardzo cenne, dzięki nim mogę tworzyć artykuły o tym, co jest dla Ciebie interesujące i przydatne.
  • Podaj dalej! - jeśli to, co piszę, coś w Tobie ruszyło, albo Ci pomogło, podziel się tym ze swoimi znajomymi, może oni też znajda tu coś dla siebie.
  • Wpadnij na Instagrama — jeśli jesteś ciekaw, jak wygląda codzienne życie, autorki tych wszystkich mądrych wywodów, zajrzyj tutaj. A jeśli szukasz kopa do działania, zajrzyj do mojego rocznego wyzwania rysunkowego, znajdziesz tu codzienną dawkę motywacji!
  • Zajrzyj na Facebook'a — dzięki fanpage'owi będziesz na bieżąco z najświeższymi artykułami, znajdziesz tu też linki do ciekawych materiałów i miejsce do dyskusji na około-egzystencjalne tematy :)


Stay tuned!






Czytaj dalej »

W szponach produktywności




W ciągu swojego krótkiego życia miałam okazję spotkać całkiem sporo osób licytujących się o to, kto krócej spał, bo pracował, albo nie był na wakacjach, bo pracował, albo nie był na randce, bo pracował, a jak już na tej randce był to był, to bardziej dla odhaczenia w rubryce "Związek" w "Planie perfekcyjnego życia".

Trochę dałam się kiedyś wciągnąć w taką manię produktywności, ale już mi minęło, bo to jest tak, że, jak się przegina, w którąkolwiek stronę to w końcu to odbije się czkawką. Jeśli np. będzie się olewało rodzinę dla pracy, to ta rodzina się w końcu rozleje. Jak się będzie ignorowało to, że organizm mówi "odpocznij", to w końcu ciało pokaże Ci gigantycznego fucka, po którym będzie trzeba zwolnić, na dłużej niż przewiduje ustawa i przyjemny wypoczynek to nie będzie.

Tak patrząc z boku, zaczynam się zastanawiać czy to coś złego spać 7-8 godzin dziennie, mieć czas na spotkanie ze znajomymi albo czytanie książki nienaukowej, choćby w tramwaju.


Takie hardcorowe wyciskanie siebie do ostatniej kropelki energii i czasu wydaje mi się strasznie bezduszne, gdzie miejsce na miłość do siebie?

Z jednej strony z każdym rokiem widzę, że nie ma gdzie się spieszyć, świat zmienia się w taki sposób, że bycie 30-letnim studentem nie jest już wstydem, a często świadomą decyzją, dojrzalszego człowieka, który wie, w czym chce się spełniać i zabiera się za temat z olbrzymią pasją i powerem. I w ogóle mam wrażenie, że ten czas młodości dobrze poświęcić na doświadczanie i poznanie siebie. Po prostu wydaje mi się, ż łatwiej decydować o swojej przyszłości i konkretniej ją zaplanować jak ma się chociaż te 25 lat niż jak się miało 18. Są też rzeczy, których nie przeskoczę, np. nie zdobędę 10-letniego doświadczenia w rok. Pogodziłam się, że niektóre rzeczy potrzebują czasu, ja też do pewnych spraw muszę dojrzeć, więc nie gonię ich na siłę. 


Z drugiej strony widzę, że ludzie dookoła strasznie gdzieś gonią i zastanawiam się czy ja też nie powinnam. Ale zadaję też sobie pytanie dokąd gonią i czy warto, bo raczej wątpię, że wszyscy mają plan, zasuwać do trzydziestki, a potem emerytura aż do emerytury.

Po prostu nie rozumiem tego pędu i wyciskania ze swoich możliwości psychicznych, fizycznych i czasowych, aż do granic możliwości. Wydaje mi się to takie bezduszne i pozbawione miłości do samego siebie. Jestem świadoma, że dobrze pokonywać swoje bariery, każdego dnia robić coś więcej, pracować nad sobą, rozwijać się i to tez robię, ale w granicach rozsądku i bez bycia dla siebie katem. Podatki, szef, rachunki i zła pogoda i tak już dają nam po tyłkach, więc nie biczujmy się do tego my sami. Mam na myśli to takie ekstremum. I ten brak miłości do siebie.

Świat leci przed siebie w jakimś szalonym tempie, a my dajemy się wciągnąć w ten chory wyścig, nie zastanawiając się nawet, dokąd to wszystko prowadzi. Jestem bardzo ciekawa, ile osób zadało sobie pytanie, po co tak zapieprza i dokąd się tak spieszy.


Zwolnienie, odpuszczenie pewnych spraw, wyśrubowanie celów, pogodzenie się ze sobą.
To moje cele. Wszystko po to, żeby jak już się za coś zabiorę robić to z energią, zainteresowaniem i wiedząc, po co mi to, a nie levelować na siłę, a na koniec dnia padać wycieńczonym i smutnym, nie rozumiejąc, dlaczego jest się nieszczęśliwym, skoro robi się to, co media społecznościowe pokazują jako to, co trzeba robić, żeby być kul i trendi.

Dbajcie o siebie!

Bywajcie :)


Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu — włożyłam dużo czasu i energii w stworzenie go dla Ciebie. Dlatego będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad! Bez znaku od Ciebie, ten blog nie jest kompletny.
  • Zostaw komentarz na Facebook'u — Twoje przemyślenia, wnioski i doświadczenia są dla mnie bardzo cenne, dzięki nim mogę tworzyć artykuły o tym, co jest dla Ciebie interesujące i przydatne.
  • Podaj dalej! - jeśli to, co piszę, coś w Tobie ruszyło, albo Ci pomogło, podziel się tym ze swoimi znajomymi, może oni też znajda tu coś dla siebie.
  • Wpadnij na Instagrama — jeśli jesteś ciekaw, jak wygląda codzienne życie, autorki tych wszystkich mądrych wywodów, zajrzyj tutaj. A jeśli szukasz kopa do działania, zajrzyj do mojego rocznego wyzwania rysunkowego, znajdziesz tu codzienną dawkę motywacji!
  • Zajrzyj na Facebook'a — dzięki fanpage'owi będziesz na bieżąco z najświeższymi artykułami, znajdziesz tu też linki do ciekawych materiałów i miejsce do dyskusji na około-egzystencjalne tematy :)
Stay tuned!

Czytaj dalej »

Jak odnieść sukces wg Sokratesa


Długo szukałam czegoś uniwersalnego, czegoś, co mogłabym określić jednym zdaniem, jako właśnie ta rzecz, która sprawia, że w życiu idzie albo nie idzie.
Wiem, że poszukiwanie czegoś takiego jest w samym zamyśle dość absurdalne, bo na sukces, spełnienie czy szczęście składa się tak dużo czynników, że można by było stworzyć całkiem gruby Leksykon rzeczy prowadzących do 3 razy S".

Okazuje się jednak, że wraz z poszukiwaniami ten pomysł stawał się coraz mniej absurdalny i ostatnio trafiłam na cytat totalnie w punkt. I to nie stworzony przez jakiegoś supercoacha, próbującego Ci wcisnąć swój niezastąpiony produkt, a przez Sokratesa. 

Kumacie powagę sytuacji?!

Ktoś prawie 2500 (słownie: dwa i pół tysiąca!) lat wstecz dał odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie dzisiaj tak wiele osób!

Nie trzymam Was dłużej w niepewności, oto co mądrego zostało powiedziane:

Czyż nie jest oczywiste, iż ludzie odnoszą sukces, gdy znają siebie, a porażki, gdy siebie nie znają? Ci, którzy znają siebie wiedzą, co do nich pasuje najlepiej, ponieważ umieją odróżnić, to co potrafią zrobić, od tego, czego nie potrafią. Przez robienie tego, na czym się znają, spotykają swoje własne potrzeby i osiągają swoje cele, podczas gdy trzeźwo patrząc na rzeczy, których nie rozumieją, unikają porażek i błędów. "

Przesłanie płynące z tego tekstu jest takie, że to nad czym powinniśmy pracować to pewność siebie i samoświadomość.

Pewność siebie jest często mylona z poczuciem własnej wartości, a to są dwie zupełnie różne rzeczy, choć mocno oddziałujące na siebie. Kiedy jestem pewna siebie, moje poczucie wartości rośnie, bo wiem, że mogę liczyć na samą siebie w różnych sytuacjach, wiem, że zachowam się adekwatnie, stanę na wysokości zadania.

Poczucie własnej wartości można określić jako odpowiedź na pytanie: Jak określam swoją wartość?
zaś pewność siebie jako: Jak dobrze znam siebie i w jakim stopniu mogę na siebie liczyć?

Samoświadomość to ciągłe poszukiwanie odpowiedzi na pytania: "Kim jestem?""Do czego jestem zdolny?""Jaki jestem?"

Uważam, że jednym z najważniejszych zadań każdego człowieka w ciągu życia jest jak najlepsze poznanie własnej osobowości i charakteru, dążeń i celów i odpowiedzenie sobie na pytanie: "O co mi tak właściwie mi w życiu chodzi?"

Oddzielenie własnego obrazu siebie od tego, co chcą widzieć w nas inni i uwolnienie się od tych ram narzuconych przez rodzinę czy społeczeństwo. Nie jest to zadanie łatwe ani możliwe do odwalenia w jedno popołudnie. To jest treść życia i siła napędowa do działania.

Warto sprawdzać się w różnych sytuacjach, choćby po to, żeby wiedzieć, jak sobie z nimi radzimy.


Czy kiedy czytacie biografie tzw. ludzi sukcesu albo wywiady z nimi nie macie wrażenia, że większość z nich to osoby o bardzo dużej samoświadomości? Oni nie dadzą sobie wcisnąć poglądu, z którym się nie zgadzają, nie podążali drogą, którą im ktoś wymyślił, tylko szli za tym, co ich wewnętrznie cisnęło (mówię o naukowcach, literatach, artystach, biznesmenach, nie o celebrytach).

Najważniejsza praca domowa, którą powinniśmy odrabiać każdego dnia od momentu, kiedy to sobie uświadomimy, aż do końca, to poznawanie i próba zrozumienia siebie, odkrycie kim jest ten głosik, który mówi w mojej głowie, rozmawiać z nim i nauczyć się budującej współpracy.


Powodzenia!

Bywajcie!


Dziękuję Ci za przeczytanie tego artykułu — włożyłam dużo czasu i energii w stworzenie go dla Ciebie. Dlatego będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz po sobie ślad! Bez znaku od Ciebie, ten blog nie jest kompletny.
  • Zostaw komentarz na Facebook'u — Twoje przemyślenia, wnioski i doświadczenia są dla mnie bardzo cenne, dzięki nim mogę tworzyć artykuły o tym, co jest dla Ciebie interesujące i przydatne.
  • Podaj dalej! - jeśli to, co piszę, coś w Tobie ruszyło, albo Ci pomogło, podziel się tym ze swoimi znajomymi, może oni też znajda tu coś dla siebie.
  • Wpadnij na Instagrama — jeśli jesteś ciekaw, jak wygląda codzienne życie, autorki tych wszystkich mądrych wywodów, zajrzyj tutaj. A jeśli szukasz kopa do działania, zajrzyj do mojego rocznego wyzwania rysunkowego, znajdziesz tu codzienną dawkę motywacji!
  • Zajrzyj na Facebook'a — dzięki fanpage'owi będziesz na bieżąco z najświeższymi artykułami, znajdziesz tu też linki do ciekawych materiałów i miejsce do dyskusji na około-egzystencjalne tematy :)
Stay tuned!




Czytaj dalej »

Ortoreksja - kiedy "zdrowo" zaczyna szkodzić





Każdy z nas słyszał o takich zaburzeniach odżywiania jak anoreksja, czy bulimia. A czy słyszeliście o ortoreksji? To zaburzenie pojawiło się w medycznych klasyfikacjach dość niedawno, wraz z boomem na zdrowie odżywianie. Ortoreksja jest psychicznym zaburzeniem odżywiania charakteryzującym się obsesją spożywania tylko zdrowej żywności. Dlaczego jest to zaburzeniem i czym grozi?


Osoby, które dotknęła ortoreksja, mają duży problem ze zjedzeniem czegokolwiek, co nie jest w stu procentach zdrowe i odżywcze, co prowadzi do tego, że ich jadłospis staje się bardzo ograniczony, ilość spożywanych w ciągu dnia pokarmów jest bardzo mała, a kiedy nie mają idealnie zdrowego jedzenia wolą nie zjeść nic niż zjeść np. ogórka z marketu. Do tego planowani posiłków, szukanie odpowiednich produktów i analiza ich wartości odżywczych staje się priorytetem, zabiera dużo więcej czasu niż powinno, skupia na sobie całą uwagę i energię. Wszelkie odstępstwa od restrykcyjnych norm powodują poczucie winy, a osoba, która dotknęło to zaburzenie, dosłownie - zaczyna bać się jedzenia, traktując je jak truciznę. 

Kilka lat temu sama przez to przechodziłam. Pójście po zakupy było strasznym doświadczeniem, a kiedy przeczytałam książkę: "Zamień chemię na jedzenie", zamieniłam przyjemność z zakupów, gotowania i jedzenia na zimne dreszcze przy czytaniu składów i pusty koszyk. Do półek z w jakikolwiek sposób przetworzonym jedzeniem w ogóle nie podchodziłam, a przy warzywach przeżywałam katusze, wyobrażając sobie te wszystkie pestycydy, które na pewno w tych warzywach są. Szukałam alternatyw takich jak jedzenie prosto od rolnika, ale jeszcze kilka lat temu nie było to tak dostępne, jak dziś i ceny takich produktów były niebotycznie wysokie. Do dziś pamiętam sen, w którym próbuję się wydostać z supermarketu, w którym są same pryskane pomidory i papryki i goni mnie facet z widłami zapewniający, że to zdrowe.

Dzisiaj mnie to śmieszy, ale wtedy zdecydowanie nie był to dla mnie temat żartów.

Uważam, że to dobrze, że nasza świadomość żywieniowa rośnie, że coraz mniej ludzi myśli, że skoro na opakowaniu płatków do mleka są narysowane wszystkie witaminy, to wystarczy jeść takie płatki, żeby być odżywionym. Apeluję jednak o zachowanie zdrowej równowagi. Każde ekstremum jest szkodliwe. Czy to przejadanie się fast foodami, czy liczenie każdej kalorii i witaminy. 

Dzisiaj wychodzę z założenia, że zawsze lepiej jest zjeść warzywo lub owoc niż nie warzywo. Mam świadomość, że przy dzisiejszym poziomie zanieczyszczenia, nie ma czegoś takiego jak w stu procentach czyste jedzenia. Zawsze coś jest. Jak nie z powietrza, to z gleby, jak nie z gleby to z wody. I tak naprawdę jedyne co możemy zrobić to wybierać najlepsze, na co nas stać i do czego mamy dostęp, ale bez rwania sobie włosów z głowy, ponieważ ten stres, który sobie fundujemy, te wyrzuty ciągle wyrzuty sumienia, rozwalają organizm od środka dużo bardziej, niż pizza raz na jakiś czas.  Staram się gotować zdrowo i z jak najmniej przetworzony produktów, ale już,z nie spędza mi to snu z powiek. Jem to, czego potrzebuje w tym momencie mój organizm i czasami są to chipsy.

Czy ktoś z Was miał podobne doświadczenia? Co rozumiecie przez "zdrowe odżywanie" w dzisiejszych czasach?

Jeśli chcesz wyrazić swój głos, kliknij tutaj.

Bywajcie
Czytaj dalej »

W pogoni za jednorożcem




Macie czasami takie odlotowe pomysły kim byście byli i co robili, gdybyście nie robili tego co robicie aktualnie? Gdyby tak wybrać  inne studia, poszukać innej pracy? Co by było gdyby tak zacząć poświęcać czas na te zainteresowania, na które go ciągle brakuje, a te, na które jest, zostawić? Co byście robili gdyby nie było żadnych ograniczeń, ani geograficznych, ani finansowych?

W alternatywnym życiu, jak pozwolę sobie polecieć dalej i puszczam wodze fantazji to chciałabym być malarką, rolnikiem uprawiającym super jakości warzywa, nauczycielką polskiego, kucharzem. Więcej czasu poświęcałabym na czytanie literatury przez duże L, a nie tylko bardzo mądrych książek naukowych, i wzdychałabym przy tych książkach, i chodziła rozmarzona po romansidłach i z chmurnym wzrokiem po tych o dekadentach, ach!

Lubie sobie zadawać te pytania bo przypominają mi, że robię to co robię, bo CHCĘ to robić! Tak w codziennym zagonieniu czasami łatwo zapomnieć, że przecież nikt mi nie każe czytać książek branżowych, tylko sama je wybieram, albo że latam po różnych miejscach i sprawach nie po to żeby móc się pochwalić jaka to jestem zapracowana, tylko po to, żeby iść swoją ścieżką, którą sama sobie wybrałam i która przecież jest dla mnie ciekawa! To też dla mnie taki moment, żeby zapytać siebie: "dziecko, co Ty robisz ze swoim życiem?" I jak odpowiedź mnie nie ucieszy to znak, że coś z tym trzeba zrobić.

Z drugiej strony jak pomyślę sobie co jeszcze chciałbym robić, to budzi się we mnie jakaś taka tęsknota do tej części mnie, na którą nie zawsze mam czas i w końcu już tak tęsknię za sobą, że ten czas się sam znajduje. Na książki z opisami krzaczka na trzy strony, na gotowanie, a nawet na zrobienie ogródka na balkonie. I jak już tak siebie spotkam, chociaż na 15 minut, to czuję się jakbym tańczyła w długiej sukience obsypując wszystko fioletowym brokatem (czego raczej nie robię, bo sprzątanie tego to by był mordor). Nie wiem czy łapiecie metaforę, ale to uczucie bliskie temu co bym nazwała boskością. I życie jest fajne. 

Każdego dnia staram się włączyć choćby drobny element "potencjalnego alternatywnego życia", do mojego codziennego życia. Bo chcę próbować, poznawać, czuć się sobą i niczego nie żałować. 

Spróbuj. Miłego szukania jednorożca!

Jeśli chcesz skomentować ten wpis, kliknij tutaj. 

Bywajcie :)
Czytaj dalej »

Lost in Translation



Odnoszę wrażenie, że dużą trudnością jest brak precyzji w komunikacji między ludźmi. Nie powiem, że to przypadłość dzisiejszych czasów, bo kiedyś różnice społeczne były znacznie większe niż dzisiaj, co niosło za sobą wielkie różnice w języku pomiędzy poszczególnymi klasami. Dzisiaj mamy dużo łatwiejszy dostęp do tego, aby bez względu na status osiągnąć dosyć wysoki poziom językowy, jednak wydaje mi się, że rozwój technologii, paradoksalnie temu nie sprzyja. Język staje się uboższy, bardziej spłaszczony, mniej ostry i precyzyjny. Pamiętam jak czytałam "1984" Orwella, a zaraz po tym "Mechaniczną pomarańczę" i wizja przedstawianej tam "nowomowy" wydała mi się zatrważająca, dzisiaj widzę, że to się dzieje.

Tyle osób nie potrafi ze sobą rozmawiać, dojść do tego, o co im naprawdę chodzi, rozmawiają nie ze sobą, ale obok siebie, nie potrafiąc zauważyć, kiedy zaczynają mówić o tym samym.


Nauka komunikacji, zdrowej asertywności, wyrażania swoich emocji i nauka konstruktywnego kłócenia się to tematy, które powinien być obowiązkowymi przedmiotami we wszystkich szkołach, a pewne elementy przydałyby się w przedszkolu. I nie dlatego, abyśmy wszyscy mówili jak Słowacki (choć byłoby to piękne), albo potrafili sobą nawzajem manipulować, tylko po to, aby jakość naszego życia była lepsza. 


Wszyscy kąpiemy się w ludzkiej zupie, żyjemy z ludźmi, pracujemy z ludźmi, robimy biznesy z ludźmi, odkrywamy siebie, przy udziel innych osób. Relacje to nieodłączna cześć naszego życia, dużo większa niż możemy sobie z tego zdawać sprawę. Wpływają na to, jak się czujemy, co osiągamy, jak funkcjonujemy.

Mając dookoła siebie ludzi, z którymi nie potrafimy się dogadać, spalamy się powoli wewnętrznie, albo cały czas się kłócąc, albo trzymając wszystko w sobie. Można oczywiście natychmiast zakańczać relacje z osobami, które nie myślą tak jak my, z którymi nie możemy dojść do porozumienia, ale są relacje, tak cenne, że warto wyjść ponad siebie i nauczyć się ze sobą rozmawiać.


Z jednej strony nauczyć się nazywać swoje emocje i je wyrażać, z drugiej dążyć do precyzyjnej komunikacji. Oba te zadania nie są łatwe, bo na pewnym poziomie wymagają schowania swojego Ego do kieszeni, ale choć może nie być to widoczne na pierwszy rzut oka, opanowanie tych umiejętności, polepszy jakość związków, pracy, codziennego funkcjonowania. O ile łatwiej jest działać, gdy wszyscy zaangażowani wiedza, o co chodzi i nie trzeba tracić czasu na walkę z humorkami i tłumaczyć wszystkiego, wciąż bez pewności czy zostaniemy zrozumiani.


W naszym społeczeństwie to odbiorcę obwinia się za to, że nie zrozumiał. Już w szkole spotykamy się z tym, że jeśli nie rozumiemy polecenia, to jesteśmy "głupi", w relacjach jesteś "głupi" bo nie wiesz, o co mi chodzi. A jak często zastanawiamy się nad tym, czy mówimy do innych w zrozumiały dla nich sposób, czy dopasowujemy swoją mowę do odbiorcy? Nie sztuką jest mówić do małych dzieci językiem akademickim i czuć się bohaterem, bo "głupie" dzieci nic nie zrozumiały. To jest żałosna próba podreperowania własnego Ego kosztem słabszych. Tak samo jest na co dzień, w relacjach dorosłych ludzi, odpowiedzialność za to, czy komunikat jest zrozumiały leży po stronie nadawcy, to jego zadaniem jest zrobić wszystko, żeby został zrozumiały. 



Czy jest na to jakieś rozwiązanie?


Podstawowe: czytać, czytać, czytać, poznawać jak najwięcej słów i ich znaczeń, aby nasz język, był narzędziem, który wznosi nas na wyżyny, a nie ogranicza.


Dodatkowe, ale niemniej ważne: 


  • uświadomić sobie, że to ważne i że trzeba nad tym pracować, 
  • dbać o własne poczucie wartości, aby w komunikacji prowadzić jak najmniej gierek, 
  • pracować nad empatią, 
  • otworzyć głowę na perspektywy osób, z którymi chcemy nawiązać kontakt.

Jest to temat piekielnie ważny szczególnie, teraz gdy tak duża część naszej komunikacji odbywa się przez internet, bez udziału mimiki i mowy ciała, bez możliwości wykonania gestów, które mają większa moc niż słowa.

Nawet teraz pisząc tego posta, czy przy którymkolwiek innym, muszę zwracać szczególną uwagę na to, aby przekazać za pomocą słowa pisanego, to o co mi chodzi, aby mój tok myśli był zrozumiały dla osoby, która nigdy nie miała okazji porozmawiać ze mną na żywo. I teraz, gdyby ktoś napisałby mi, że piszę głupoty, moim pierwszym zadaniem, byłoby wyjaśnienie tego, jak zostałam zrozumiana, a nie kłócenie się z tą osobą, że nie, na pewno to ona nie ma racji, bo ja przecież wszystko sobie tak wspaniale przemyślałam... Mogłoby się okazać, że myślimy podobnie i nie ma się o co kłócić. 

Coraz częściej, czy to w swoim życiu, czy obserwując innych, widzę, jak ważny jest to temat. Od dobrej, sprawnej, nieobciążonej wewnętrznymi komunikacji, zależy tak wiele, w pewnym sensie losy świata ;)

Bardzo jestem ciekawa, co myślicie na ten temat. Czy uważacie, że dbanie o język jest ważne, czy może według Was dzisiejszy świat już tego nie potrzebuje? Zabierz głos, klikając tutaj.

Bywajcie :)




Czytaj dalej »

Jak przestać się wkurzać o drobiazgi - 9 strategii radzenia sobie ze zdenerwowaniem



W poprzednim artykule pisałam o przyczynach nerwów. Warto go przeczytać, zanim pójdziemy dalej, ponieważ poznanie przyczyny swoich złości, jest ważnym krokiem do tego, aby się z nimi rozprawić.


Kiedy już mniej więcej wiesz, dlaczego się zapalasz, czas rozpocząć akcję uderzeniową.


1. Medytacja i poranne strony



Pisze o tym często i na wszystko, ale jeśli jeszcze nie zacząłeś robić którejś z tych dwóch rzeczy, albo najlepiej obu, to najwyższa pora zacząć. Medytacja wycisza i pozwala nauczyć się kontrolowania swoich emocji i reakcji. Nie masz czasu? Nikt nie powiedział, że od razu musisz medytować trzy godziny każdego dnia. 10 minut dziennie, rano lub wieczorem, na początek wystarczy, a kiedy zaczniesz widzieć efekty, sam będziesz chciał robić to dłużej i częściej. 
Dokładnie tak samo jest z porannymi stronami, pisanymi metodą strumienia świadomości. Trzy strony wyrzutu z głowy, wszystkiego jak leci i można zacząć dzień z kilka kilo lżejszą głową. Jeśli coś Cię wkurza, zapisz to, nabluzgaj na to na papierze, możesz nawet go porwać lub spalić, papier przyjmie wszystko. Nie wyżywaj się na innych.



2. Odejdź od tego, co Cię denerwuje.



Jeżeli klasyczną sytuacją w Twoim domu jest to, że kiedy ktoś coś robi nie tak, to stoisz nad nim i krzyczysz, to natychmiast wyjdź do innego pomieszczenia, uspokój się, pooddychać, włącz sobie muzykę. Wróć, jak się uspokoisz i będziesz w stanie wyrazić swoje uwagi w normalny, cywilizowany sposób. W więcej niż połowie przypadków okaże się, że kiedy wrócisz, nie będzie już, o co się denerwować, bo rzecz jest zrobiona dobrze, ale sposób jej robienia był inny niż Twój i to Cię tak wkurzyło.



3. Kto się denerwuje?



Kiedy czujesz, że nadchodzi fala nerwu, zadaj sobie pytanie: czy naprawdę dana sytuacja Cię denerwuje, czy może Twoja złość to całkowicie automatyczna reakcja. A może to nie są Twoje nerwy, tylko przyzwyczaiłeś się jako dziecko, że w Twoim domu się na to denerwowało i teraz w swoim dorosłym domu też się denerwujesz, tak ku chwale rodzinnym tradycjom. 
Już słyszę: "Ale jak się zdenerwuję to nie w głowie mi zadawanie sobie idiotycznych, coachingowych pytań". Okej, spoko, wszystko rozumiem, ale to od Ciebie zależy co ci w głowie, a co nie. Jeśli nie chcesz nic zmienić, to nie zmieniaj. Jeśli twardo postanowisz, że jednak chcesz coś z tym zrobić, te pytania pojawią się w Twojej głowie, kiedy będziesz tego najbardziej potrzebować. Zawsze możesz je też gdzieś zapisać i nosić przy sobie jako koło ratunkowe. 


4. Znajdź sobie coś, na czym możesz się wyżyć.



Trzymanie w sobie emocji jest bardzo złym pomysłem. Wywalanie swoich emocji na ludzi dookoła to jeszcze gorszy pomysł. Dlatego znajdź sobie coś, w czym możesz się wyżyć, sport, malowanie, idź pokrzyczeń do lasu, rąb drewno, przekop ogródek, rób przetwory, cokolwiek co spożytkuje Twoją energię. Może to być coś, w czym po prostu wyrzucasz agresję albo coś, co Cię trochę zmęczy i uspokoi.


5. Niech inni wiedzą



Poinformuj swoje otoczenie o tym, że pracujesz nad tym, żeby się mniej denerwować. Po pierwsze, zadziała tu siła deklaracji społecznej, zwyczajnie będzie Ci głupio się wkurzać. Po drugie, możesz otrzymać od otaczających Cię osób dużo wsparcia i wyrozumiałości.


6. Zmiana perspektywy



Dobrze czasem spojrzeć na sytuację z drugiej strony, tej "winnej" osoby, może dostrzeżesz okoliczności łagodzące i trochę się uspokoisz. Warto też się zastanowić, dlaczego dane zachowania u danej osoby, są dla Ciebie aż tak denerwujące. 


7. Śpiewaj piosenki



Znam gościa, który z tego, co mówi zdenerwowana osoba, układa głupiutkie piosenki. Przeważnie nerwus się uspokaja, widząc, że dopóki się denerwuje, nie zostanie wysłuchany. Możesz znaleźć sobie kogoś, kto ma za zadanie Cię przedrzeźniać, kiedy się wkurzasz albo sam możesz spróbować pośmiać się z siebie. A nóż zadziała?


8. Zmień okulary



Na takie bardziej różowe. Jest takie zjawisko jak atrybucja (efekt halo, efekt aureoli). W skrócie polega ono na ocenianiu innych przez pryzmat pojedynczych cech (skoro blondynka to musi być miła; skoro się nie uśmiecha to musi być zarozumiały itd.). No i ta atrybucja może być pozytywna albo negatywna, co oznacza, że albo przypisujemy ludziom więcej negatywnych cech lub pozytywnych. Zastanów się, czy nie postrzegasz innych jako wrogo do Ciebie nastawionych, robiących Ci na złość, zawziętych.... Jeśli tak ,to spróbuj być dla innych trochę bardziej łaskawy, bo postrzegając wszystkich jako "tych złych" możesz nieświadomie zachowywać się w stosunku do nich bardziej oschle, a w efekcie prowokować gniewne sytuacje. 


9. Kłóć się z głową



Jeśli Twoim zdaniem nie da się już uniknąć kłótni i konfliktu, rób to z głową.
  • Przejdź do meritum sprawy i trzymaj się konkretów, unikaj wspominkowych wycieczek do niewyniesionych cztery lata temu śmieci.
  • Wyrażaj komunikaty typu "JA", zamiast "TY" (JA jestem zdenerwowany, zawiedziony, smutny zamiast TY jesteś głupi, zawodzisz mnie).
  • Staraj się kontrolować swój głos, możesz nawet nie zdawać sobie sprawy z tego o ile łatwiej rozmawia się z ludźmi, nawet o trudnych sprawach, kiedy się na nich nie krzyczy.

Mam nadzieję, że powyższe strategie pomogą Wam mniej denerwować się w codziennym życiu. Nie jest łatwo być zawsze niewzruszonym i spokojnym jak Budda, ale warto dążyć do większego spokoju i równowagi, choćby dlatego, że to zdrowe i miłe. Nie zawsze wszystko dzieje się po naszej myśli, ale nerwy i krzyki nie pomogą rozwiązać codziennych problemów.

Jeśli chcesz podzielić się swoimi spostrzeżeniami i strategiami radzenie sobie ze złością, kliknij tutaj. 

Bywajcie! 




Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia